POEZJA

 

Czym jest poezja

Niewidoczną nitką łączącą dwa serca

Lub pokrewne dusze

Jest nie tylko dźwiękiem

Jest muzyką

Obrazem malowanym słowem na płótnie wyobraźni

Modlitwą

Żalem

Krzykiem

Prośbą

Całym moim życiem

 

 

20 maja 2001                                                                      

Poezja II

 

Pukałam kiedyś słowem

W drzwi smutnego serca

Zamknięte

Obwarowane

Obojętne

 

Wyciągnęłam klucz uśmiechu

Nie pasował

 

Więc wyjęłam wytrych poezji

Jak ostatnią deskę ratunku

I zazgrzytał zardzewiały zamek

Pokryty osadem egoizmu skostniałego w samotności

 

Powiał wiatr optymizmu

 

PTAK

Mam w piersi serce

podobne do ptaka

uwięzionego w klatce

trzepoce niespokojnie

jak on chce być wolne

 

Nie wyrywaj się tak mój ptaku

pozwól mi żyć

przecież bez ciebie umrę

poczekaj choć chwilę

 

Jeszcze nie nacieszyłam się kwiatem

nie przebrzmiała muzyka

która trwa w mej duszy

nie przeszłam wszystkich dróg

zapisanych na mapie mojego życia

 

Tyle jeszcze słów czeka na wypowiedzenie

tyle wierszy  drzemie we mnie

w oczekiwaniu na przebudzenie

tylu ludzi czeka na uśmiech

 

A ty samolubne chcesz się wyrwać

ulecieć wolne w niezgłębioną dal

zabierając z sobą moje życie

 

Daj mi zobaczyć owoce mojej pracy

drzewo dziś kiełkujące

uginające się pod ciężarem rumianych jabłek

 

Pozwól ujrzeć przyszłe wnuki

i pogłaskać ich kochane główki

przeczytać księgi

dziś jeszcze z zamyśle twórcy

nacieszyć się domem

tym który dopiero na desce kreślarskiej

 

Serce ptaku poczekaj

Nie śpiesz się

Daj żyć

 

2 października 2001

 

Siano i żłób

 

Pochylałam się nad tobą trawo

Uczyłaś mnie pokory

Trwania w ciszy dla innych

Miękko pieściłaś  bose stopy

Śpiewając niemo hymn do Stwórcy

Samym tylko istnieniem

Dla Boga dla innych

 

Przyklęknęłam przed tobą

Polny delikatny  kwiatku

Niezauważany przez miłośników róż i hiacyntów

Ile w Tobie uroku

Nieodkrytego uśmiechu Boga

Który powoływał cię do istnienia

Tylko po to byś był

I nim uwielbiał Jego potęgę

I zmysł Artysty nad Artystami

Nauczyłeś mnie ukrywania przed światem

Tego co najcenniejsze w sercu i tylko dla Boga

Istnienia w cieniu innych

Bez zwracania na siebie uwagi

Życia dla samego bycia dla Boga

I tych dla kogo mnie stworzył

 

Teraz dotykam ciebie garstko trawy

I nieznany z imienia skromny kwiatku

Zamienieni w garstkę wonnego siana

By służyć Bogu w innej postaci

Nadal uczycie mnie pokory  i miłości

Do Boga i stworzenia

 

Dotykam  delikatnie jak dłoni

Mądrego starca – nauczyciela

I badam czy nie zranicie ostrym źdźbłem

Ukochanego Ciała mojego Pana

Który stał się Człowiekiem –

Bezbronnym  Niemowlęciem

By nauczyć  nas pokory i miłości

Tej co nie cofnie się przed krzyżem

By ocalić od wiecznej zguby

Zatraconych w grzechach  braci

 

Szukam ostrego źdźbła

By nie zraniło przedwcześnie

Zanim poranią je bicze i cierniowa korona

Gwoździe włócznia i drzazgi belki krzyża

 

O twardy zimny żłobie bydlęcy

Bądź Mu miękką ciepłą  kołyską

Delikatniejszą  od zatwardziałych ludzkich serc

Co nie znalazły miejsca dla Maryi

Obarczonej brzemieniem nie tylko Dziecięcia

Ale i przyjętej przez Nie win całej ludzkości

Z miłości do nas na maleńkie ramiona

 

Bądźcie błogosławieni

Trawo i kwiaty które stałyście  się sianem

Posłaniem  swojego i  mojego Pana

 

Bądź błogosławiony kamienny żłobie

Tulący Go w swoich  milczących ramionach

Które choć twarde

Na  tę jedyną świętą noc

Wyzwoliły z wnętrza  kamiennego serca

Całą  delikatność i łagodność

By przywitać swego Stwórcę

 

Choć martwe i zdawać się może – nieczułe

Godniej powitałyście swego Pana

Niż ci dla których nikim był biedny Józef

i Jego brzemienna małżonka

 

29 grudnia 2010

W GALERII PORTRETÓW

 

W sali jak boisko

Przez okna ram złoconych

Spoglądają na mnie

Uwiecznieni znudzeni

 

Brodacze w połyskujących zbrojach

Nadęci pychą świetności rodów

Damy których jedyną urodą perły i diamenty

Dzieci z oczami dorosłych

 

Przyglądają się uważnie taksując

Mój wiek

Urodę

Pozycję wynikającą z ubioru

 

Za moimi plecami rozmawiają wzrokiem

Zgorszeni moimi dżinsami i flanelową koszulą

Włosami nieco za  krótkimi jak na dziewczynę

 

Ich oczy wyrażają dezaprobatę

Do świata ciągle w ruchu

Chcieliby

By skostniał  w formie jak oni

W tych samych strojach

Tych samych pozach

Wśród tych samych przedmiotów

 

Niemi kibice

W niemym świecie który zmarł przed wiekami

I tylko wraca z uporem myśl

Kto tu widzem

Kto eksponatem

 

Jestem tylko graczem na boisku życia

Jednym z wielu

 

W MUZEUM

 

Osierocona filiżanka

Dźwięczy cichutko tęskniąc za kawą

W staroświeckim saloniku

Ze świecznikiem na stole

 

Porcelanowy kot

Z wyszczerbionym ogonkiem

Próżno czeka na troskliwą rękę

Ścierającą kurz jakby gładziła futerko

 

Zegar tyka przeszłością

Stojąc na serwecie

Wydzierganej ręką damy w krynolinie

Z noskiem ocienionym koronkami czepka

 

Znudzone damy na portretach

Plotkują o modzie sprzed wieku

Uwięzione w obrazach dzieci

Pokazują zwiedzającym język

Gdy pochyleni czytają napisy w gablotach

 

Panowie w staroświeckich pojazdach

Zapraszają do wędrówki w ich ubiegły świat

Nas po tej stronie gabloty

Wnet też ubiegłych 

Bo teraźniejszość to przeszłość  ....

Za chwilę

 

***

Umarli pozostają młodzi

Nawet ci co mieli srebrne włosy

Uśmiechają się z fotografii tajemniczo

Bo znają Nieśmiertelność

Niekiedy patrzą pobłażliwie

Gdy mówimy byli

Bo oni są i będą

Widzą podarowane kwiaty

Psocą zdmuchując żartobliwie znicze

Głaszczą opadającym liściem

Lub tajemniczo zastukają

Byśmy pamiętali

Że są z nami

Tren I

Tylko Bóg

policzyć zdoła łzy

co wsiąkają w noc

jak w poduszkę

 

Tylko Bóg

zrozumieć może tęsknotę

za dzieckiem

o którym cicho szepce

kamienna tablica

 

Tylko Bóg

zrozumie radość spotkania

po drugiej stronie życia

kiedy rozpoznam je

po melodii jego serca

Tren II

Tatusiowi

 

Kiedy odchodziłeś

Wszystko co żyje

Chwaliło swego Ojca

Wznosiła się ku niebu

Woń kwitnących lip

Jak zapach kadzidła

Dzwoniły polne dzwonki

A słowiki śpiewały swe arie

Ukryte w młodej zieleni

Drzewa tańczyły na wietrze

Falowały dojrzewające łany

Łąki strojne w bukiety kwiatów

Wielbiły Stwórcę

Najdoskonalszego Ojca

 

A ty po raz pierwszy

Zapragnąłeś oddać Jemu hołd osobiście

Pobiec przed Jego Tron z naręczem dobrych uczynków

I po raz pierwszy

Odwiedzić swego ziemskiego tatę

W dniu jego święta ...

 

Kiedy żegnałeś się

Gasło słońce

Lecz Ty

Zobaczyłeś już  to Wieczne

Które nigdy nie zachodzi i nigdy nie zgaśnie

Więc powędrowałeś

Pozostawiając za sobą to co nieważne

To co rani i rodzi cierpienie

To co przeszkadza w dalszej drodze

I nas jeszcze nieprzygotowanych

Do dalszej wspinaczki

Ze zbyt lekkim bagażem

By pójść za Tobą

 

Kiedy przekraczałeś bramę grobu

Niebo użyczyło swoich łez

Jakby ludzkich było za mało ...                                              

  27 czerwca 2003 r.

Tren III

Córeczce Paulince

Znów minął dzień  bez Ciebie

Kolejny od tamtej nocy

Gdy zbudziłaś mnie słowami

Mamo ja umieram

Usiadłam na łóżku

Pomyślałam  przerażona

Zły sen

To tylko zły sen

I dotknęłam miejsca pod sercem

Gdzie byłaś

Błogosławiąc i czule mówiąc

Śpij spokojnie moja malutka

Mama czuwa

 

A Ty naprawdę umarłaś

Dlaczego?

Może chciałaś  do innej Miłości?

 

I zabrali  mi Ciebie

Nie oddali bezbronnego martwego ciałka

Dlaczego

Czy maleństwo nie ma prawa

Do skrawka ziemi  wianuszka i znicza?

 

Nie widziałam Twoich małych rączek

Maleńkiej buzi

I drobniutkich nóżek

 

Mówili

Prędzej zapomni

I zabliźni się  rana po zmarłej miłości

 

A ona zawsze żywa bólem

I tęsknotą

Która nie da zasnąć

 

Nie pocałuję twych najdroższych rączek

Twych włosków  jasnych lub kruczych

Jak prababci Magdy

Oczu czarnych pereł lub skrawków błękitu

I nie usłyszę serca równego truchciku

Nie kupię krążka złotego w dorosłość

Jak moja mama gdym zdała maturę

Pierścionek z rubinu  rozkwitłym kwiatuszkiem

Ani welonu

Ani małej czarnej sukienki na Twój pierwszy bal dorosły

I nie dobiorę kolczyków z perłami

Do blasku oczu  twych córciu ukochana

Nie pobłogosławię zdającą maturę

 

Nie poprowadzę w białościach i tiulach

Przed ołtarz prosto w mężowskie objęcia

 

I tylko wiem że czekasz tam po drugiej stronie

 

Znów jeden dzień tęsknoty

 

Jeden krok ku Tobie

Córeńko najdroższa

 

Tren IV

Biała koszulka zmarłego synka

Rani serce jak cierń

Śniegu biały całun każdej zimy

Kaleczy oczy  białą koszulką

Już nigdy nie będzie śniegiem

A niebieski szlaczek

Zawsze  będzie błękitem jego oczu

Tren V

Synkowi Piotrusiowi

 

Drobinko mała

Kochana

Radośnie tupiąca nóżkami

Co chciały maszerować do Boga

 

 

Nie usłyszę już Twego śpieszącego się serduszka

Nie zarzucisz mi rączek na szyję

Nie przytulisz

Wybrałeś większą Miłość

Niż matczyna ojcowska braterska

Razem wzięte?

Jak kiedyś Maria

Roztropniejsza siostra Marty?

A może ręce świętego Piotra

Za stare na niebiańskie klucze?

 

Patrzę w niebo

Może usłyszę

Jak dzwonisz pękiem kluczy

U boku Niebiańskiego Klucznika

Tren VI

Mamusi

 

Odeszłaś

Lecz wciąż jesteś blisko

Czuję  twój zapach

I ciepło ciała jak kiedyś

Gdy tuliłaś mnie do serca

 Nie widzę cię

A jednak wiem

 Że jesteś obok

I nie pozwolisz

Jak dawniej

By raniły mnie kolce rozstania

Miłość nie umiera

Trwa bez końca

Nasze ludzkie miłości

Są drobną cząstką i darem

Boga – Miłości

A On – Wiecznością

Wiec wiem

Że jesteś obok

I nadal kochasz

Skoro  Bóg jest Miłością

A my Jej drobinkami

 

 

Trzy  klatki

 

Okno drzwi ściana

Drzwi ściana okno

Stół krzesło łóżko

Krzesło stół łóżko

 

Prawy bok

Bo lewy więzi serce zawsze zmęczone

Nie na wznak bo protestuje kręgosłup

 

Pięć  kilometrów kwadratowych

Drzew domów ulic

Ludzi zawsze o tych samych twarzach

 

Tylko myśl nieskrępowana chorą skorupą ciała

Goni obłoki

Ściga się po falach

Zdobywa szczyty

Jakby nie było jak kuli u nogi słabego  ciała

 

***

Umarli nie odchodzą na zawsze

zaklęci w fotografiach

powracają

przywołani naszą tęsknotą

 

Patrzą na nas przez ramę fotografii

bogatsi o doświadczenie dalekiej podróży

za bramę cierpienia

 

Ich oczy zdają się mówić

tęsknimy

czekamy po drugiej stronie

nie zawiedź zwątpieniem

 

Czasami stęsknieni  odwiedzają

by pochylić się nad tobą

i musnąć ustami

które zakosztowały wieczności

znajomy  zapach twoich włosów

płatki kwiatów złożonych na grobie

nikły płomyk znicza

 

A ty mówisz nieświadomy świętych obcowania

znów przyśnił mi się ....

był  taki uśmiechnięty ...

miała ten  niebieski sweter ...

wiatr gasi świece ...

 

A oni niewidzialni

uśmiechają się wtedy wyrozumiale

jak dorośli

gdy  patrzą na pomyłki dzieci

 

2 listopada 2003 r.

Życie

 

Życie to jedno pasmo

Pytań dlaczego

 

Dlaczego grzechotka wyrzucona z wózka

Wydaje dźwięk  a  pluszak nie

 

Dlaczego płomień parzy

A czerwona kredka nie

 

 

Dlaczego sól jest słona

A cukier słodki

 

 

Dlaczego wybrał mnie

A nie ją

 

 

Dlaczego moje dziecko zmarło

A tamto żyje

 

Dlaczego ...

Dlaczego?

Dlaczego!

 

Więc

Dopóki żyję pytam

Dopóki pytam żyję

Życie

 

Życie

Jak chwila

Jak motyl

Jak kropla łzy nie potok

To uśmiech nie śmiech

Gest

Mrugnięcie powiek

Muśnięcie włosów

Przelotny dotyk dłoni

Życie to chwile

 

Wieczność to zawsze

Radość większa niż morze

Niż niebo

Niż wszystkie galaktyki razem wzięte

 

 

***

Weź mnie Jezu  w Swe dłonie

Jak  kiedyś podnosiłeś z ziemi

Garstkę piasku

Małą muszelkę lub kamyczek

 

Nie upuść

Chcę być blisko Ciebie

Czuć ciepło Twojej kochającej

Troskliwej dłoni

Czuć na sobie Twoje łagodne spojrzenie

Słyszeć Serce

 

Przecież jestem dla Ciebie ważniejsza

Od ziaren piasku

Kamyczka i muszelki

Bo nie dla nich cierpiałeś i umarłeś na Krzyżu

Lecz za mnie

 

Więc weź mnie Jezu w Swe dłonie

Jak tamte drobiny

I nie upuść już nigdy

Bo tęsknię za Tobą

 

29 czerwca 2008

 

 

Róża

 

 

Zawitała u mnie

dumna jak królowa

 

Może  świadoma swego piękna

patrzy na  mnie z góry

nieświadoma tego

że w moich dłoniach

jest jej los

 

Mogę przecież wstawić ją

kryształ zimnej wody

i choć na chwilę ocalić

od powolnej śmierci z pragnienia

 

A może to tak ulotne arcydzieło

jednak wie

że nie czekam na jej śmierć

więc  ocalę ją z powodu piękna

zaklętego w delikatnych płatkach

uroczym zapachu i barwie

 

Uwiodłaś moje serce

bo jesteś listem

tętniącym miłością

 

Tak pragnę byś trwała

zawsze tak cudnie

przypominająca mi

to co chciał mi powiedzieć

twój Stwórca 

o pięknie życia

Jego miłości

i wyczekiwaniu na moją odpowiedź

 

Frasobliwy

 

 

Przy kapliczce z Jezusem Frasobliwym

na rozstaju dróg przysiadł Smutek

 

Jak Frasobliwy w cierniowej koronie

oparł obciążoną zmartwieniami głowę

 

Ciężko mi Panie

Dzieci pogubiły się po świecie

poszukując chleba

wnuki zapomniały o Bogu

nogi odmawiają mi posłuszeństwa

a żonę ciągle coś łamie w kościach

 

 

Westchnął starzec

Otarł łzę i pot z czoła

bo upał niemiłosiernie palił czoło

 

Westchnął Frasobliwy

i spojrzał na niego ze współczuciem

 

Daj mi swój  krzyż syneczku

bo mój zapodział się gdzieś po drodze

a muszą mnie przecież ukrzyżować

 

Spojrzał zdumiony starzec na Frasobliwego

i wstał tak lekko

jakby spłynęły z niego wszystkie frasunki

 

Ucałował z wdzięcznością

poranione  stopy Jezusowe

i wrócił radosny do swoich

 

 

Spotkanie

 

Dźwigając krzyż

Przystanąłeś na chwilę

By spojrzeć mi w oczy

 

Nie było w tym spojrzeniu wyrzutu

Choć wiem, że ciężar tego krzyża

Stanowią moje grzechy

 

Nie było w tym spojrzeniu oskarżenia

Choć każda z Twych ran

To moja wina

 

Była w nim bezkresna miłość

Choć dobrze wiesz

Że tym kto Cię  rani

Jestem ja

 

Moje serce łka

Z poczucia winy i bezsilności

Że tak mało kocham

Więc  tak strasznie ranię

 

Nie mam siły Szymona Cyrenejczyka

I odwagi Weroniki

Więc przyjmij choć moje łzy

 

Któryś za nas cierpiał rany

Jezu Chryste zmiłuj się nad nami!

 

 

Wiara

 

Moja wiara malutka

mniejsza od ziarnka pyłku

więc gdzie jej Panie do ziarna gorczycy

dlatego góra trosk wciąż na swoim miejscu

 

Jest mi wstyd że tak malutka

jak  nadęty arbuz przy Ziemi

 

Przymnóż mi wiary Panie

bo tyle gór trosk do przeniesienia

i rzek łez do osuszenia

 

Usiądę cichutko i pokornie

przy Twoich stopach

by jak zasłuchana Maria Magdalena

przyjmować  w serce ziarno Prawdy

 

I będę cierpliwie czekać

aż wykiełkuje ziarno

i  wzrośnie  jak nikły kiełek w potężne drzewo

pod okiem troskliwego ogrodnika

 

 

 

Kobieta w czerni

 

Nie lubię nagich drzew

Są jak  moje dni

Jak smutek bez nadziei

Na to że przeminie

 

A jednak drzemie w nich życie

I czeka tylko na moment

By na nowo eksplodować zielenią

 

Moje serce jest jak gałązka wiosennej brzozy

Zamarło tylko na chwilę

Czeka na promień uśmiechu

 

I wówczas zrzucę z siebie czerń

By na nowo zakwitnąć

 

***

Weź mnie Jezu  w Swe dłonie

Jak  kiedyś podnosiłeś z ziemi

Garstkę piasku

Małą muszelkę lub kamyczek

 

Nie upuść

Chcę być blisko Ciebie

Czuć ciepło Twojej kochającej

Troskliwej dłoni

Czuć na sobie Twoje łagodne spojrzenie

Słyszeć Serce

 

Przecież jestem dla Ciebie ważniejsza

Od ziaren piasku

Kamyczka i muszelki

Bo nie dla nich cierpiałeś i umarłeś na Krzyżu

Lecz za mnie

 

Więc weź mnie Jezu w Swe dłonie

Jak tamte drobiny

I nie upuść już nigdy

Bo tęsknię za Tobą

 

29 czerwca 2008

Zwiastowanie

 

Zapatrzona w Boga

Usłyszała Jego posłańca

….

Gdyż  Bóg jak każdy zakochany

Nieśmiało wpatruje się w oczy Ukochanej

By odczytać odpowiedz

Na pytanie zadane zakochaną duszą

I wraz z Sercem gorącym przesłane w spojrzeniu

….

On nie miał ludzkich oczu

Więc posłał Gabriela

….

Zdrowaś Maryjo, łaski pełna….

…..

Wyznanie miłości Boga przez Posłańca

…..

Jakże mi się stanie….

…..

Nie bój się Maryjo…

….

Powitała Jego Słowo z ogromną  pokorą i nieśmiałością

…..

Zatańczyło Jej serce z niezmierzonej miłości

Wypełniło nieopisaną radością

…..

Otulona Miłością Światłością i Słowem

Powiedziała Bogu Tak

…..

Niech mi się stanie….

…..

 

I maleńka drobina Boga

Przeniknęła Najcudowniejsze Piękno Wszechczasów

Jej niepokalanie  czyste Ciało

By zamieszkać pod Jej Niepokalanym Sercem

I przybrać ciało człowiecze – Jezusa

……

Maryjo

Uwielbiam Twoją Tajemnicę

Tajemnicę wcielenia Boga

A Słowo Bogiem się stało

I zamieszkało między nami…

….

Ave Maria gratia plena, 
Dominus tecum, Benedicta tu mulieribus, 
et benedictus fructus ventris tui, Jesus.
Sancta Maria, Mater Dei, 
ora pro nobis peccatoribus, 
nunc in hora mortis nostrae. 
Amen. 

 

…..

7 października 2010

 

 

Fiołki

 

Kwietniowy  wieczór

Przechodzę obok ogrodu

 

Z odległych krain zamyślenia

Przywołał mnie znajomy zapach

 

Fiołki

 

A może złudzenie

 

Może pragnienie

Powrotu do krainy dzieciństwa

 

A jednak zapach realny

Pokonał niepewność

 

Tylko gdzie ukrywa się tajemnica

 

Pewnie w szmaragdzie wiosennej trawy

I przyzywa mnie

Jakby wiedziała

Że ponad wszystkie klejnoty świata

Kocham fiołki

Niepozorne

Nieśmiałe

 

Widzę w was siebie

I swą tęsknotę za tym

By znaleźć swoją trawę

Zwyczajnej codzienności

I ukryć się w niej dla świata

Lecz być dostrzeżona

Przez kogoś

Kto szukał

I tęsknił

 

 

 

Skarbiec

 

Szukałam cię w ziemi

znalazłam kilka monet

i klucz do zapomnianej szuflady

 

Szukałam w księgach

znalazłam nic nie warte słowa

kłamstwa i obietnice fałszywego raju

 

Promień światła zaprowadził mnie do skarbca

 

Wysokie okna z witrażami

jak karty Biblii dla ubogich

zamyślone  twarze świętych zaklętych w figury

maleńki płomyk wiecznej lampki

przed skarbcem i jednocześnie więzieniem

w którym  SŁOWO- HOSTIA

i do którego niegdyś przylgnęło 

serce małej dziewczynki

w białej sukience

jak do magnesu opiłki metalu

 

Moja teoria literatury

Poezja

to sposób na życie

kurtyna słowna

co oddziela od codzienności

 

Proza

to pamiętnik dzisiaj

to testament dla potomnych

fotografia

utrwalona słowem

 

Dramat

to terapia wstrząsowa

jest działaniem

i  rodzi działanie

by było lepiej

CZAS

 

Czas

Rumak niestrudzony

Pędzący bez wytchnienia

Od narodzin świata

Ciągnący na sznurach życia

Wszystkich i wszystko

 

Nie ogląda się za siebie

Nie zna litości

Kto nie nadąży za nim

Zostaje

I odchodzi z młodszą siostrą Czasu

Śmiercią

 

A ty zabiegany Wędrowcze

Człowieku

Przywiązany liną życia

Do niego

Zdyszany biegiem

Rzadko widzisz na swojej bieżni

Wskazówki tych co zostali

 

Nie czytasz ich

Więc potykasz się tak samo

Od wieków na tym samym progu co oni

I dziwisz się

Że tak samo upadasz

Może już na zawsze

 

I nie dogonisz już

Rumaka

Od wieków pędzącego przed siebie

 

Może zostawisz swój ślad na piasku dziejów

I  ktoś  w szaleńczym biegu nabierając tchu

Odczyta twój ślad

I ominie  twój próg

By szczęśliwie pobiec dalej

 

28 sierpnia 2001 r.

 

CZAS  II

Czas

którego miarą podpłomyk księżyca i moneta słońca

Tętniący sercem zegarów

Kroczący

Od kwiatu do jabłka

Od jabłka do nagiej gałęzi

Od nagiej gałęzi do pąków kwiatów ...

Czas

Malujący promienie księżyca w kruczych dotąd włosach

Bruzdy jak skiby zaoranej ziemi na kochanych twarzach

Rozsiewający za sobą w kamiennych kokonach

Dojrzałe doświadczeniem żywoty ludzkie

Po których pozostały milczące fotografie

Blednąca pamięć i łzy

Czas

Wieczny choć przemijający

Przemijający choć odwieczny

Jak ocean

W ruchu i ogromie

 

Człowiek

Najmniejsza z kropel oceanu

Choć najważniejsza

Dla Stwórcy czasu

Sekunda

Na niezmierzonej tarczy Wieczności

 

Dlaczego

Dlaczego róża może zranić

Piękno i rani?

Dlaczego dobro może być gorzkie

Dobro to dobro skąd gorycz?

Dlaczego światło może oślepiać

Światło początkiem ciemności?

 

Dlaczego miłość zrodziła nienawiść

A życie śmierć?

 

Dlaczego

Dlaczego

Dlaczego

 

Człowiekiem jestem więc pytam

 

Dogmaty

 

Twierdzili

gdy byłeś dzieckiem

że niebo nad tobą

wysoko

i nie dosięgniesz tak łatwo

 

A ono tak blisko

że potrafi dotykać

pogłaskać po głowie

podać chleb z miodem

zaśpiewać kołysankę

kupić kwiaty

przeprosić

ugotować ziemniaki

podać szklankę wody

założyć opatrunek

uśmiechnąć się

zmienić pieluchy

pocałować w czoło

kupić ślubne obrączki

ustąpić miejsca w tramwaju

 

Twierdzili

piekło daleko

dopiero po śmierci

 

A ono tak często

paraduje w eleganckiej sukni

postukując modnym obcasem

na marmurowej posadzce

pachnie  paryskimi perfumami

zamiast dymem i siarką

w ręku trzyma książeczkę czekową i komórkę

nie dzwoni łańcuchami

lecz kluczykami od samochodu

kolorowe i nęcące blaskiem

neonów i reklam

 

A ono za często

zagląda w oczy głodnych dzieci

posyła kule

co trafiają w cel – w drugiego człowieka

okrada z pensji

kłamie w sądzie

oczernia z ekranu

rujnuje domy i rodziny

 

Tak blisko ciebie

niebo i piekło

że prawie w tobie

 

I tylko ty

masz prawo wybierać

co w tobie

co daleko od ciebie

 

I nie daj sobie wmówić

że możesz  w sobie

zmieścić

całe piekło świata

lub jego cząstkę

 

Bo jeśli lepiej

przypatrzysz się sobie

tak  z bliska ...

to zobaczysz

że do twarzy ci tylko

w  tym

co „ niebieskie”

 

25.11.2002 r.

 

DWIE WIEŻE

 

Ofiarom i Ratownikom

 

Dwie wieże

dwa wykrzykniki

między niebem a ziemią

nowe wieże Babel

gwarne obcojęzycznie

dźwięczące monetą

 

Dwie wieże

schylone znaki zapytania

jak wiele może człowiek

jak wiele może nienawiść lub rozpacz

jak niewiele może człowiek

 

Dwie wieże

jedno gruzowisko

nadziei

człowieczeństwa

jedna ruina miłości bliźniego

 

Jedna mogiła

jeden grób do zmartwychwstania

z nienawiści

rozpaczy

jak ze śmierci

 

Dwie wieże

dwa strumienie łez

na twarzach jeszcze – ludzi

 

Dwie wieże

jeden grób

oby nienawiści

 

Dwie wieże

wspólny grób

a może jednak kołyska

jedności wszystkich dzieci Boga?

 

11 września 2001  

 

Epilog

Janowi Pawłowi II

 

Zamknęła się księga

Wypaliły znicze pod krakowskim oknem

Zwiędły kwiaty na marmurowej płycie

Odfrunęły gołębie krążące nad tłumem żałobników

Obeschły łzy

Ale nadal płonie żar

Który roznieciłeś w naszych sercach

Kiełkują ziarna słów

Zasianych przez Ciebie

By wydać plon

Jak te przed laty w Warszawie

Słowa nieśmiertelne

I nadal potrzebne:

„Niech zstąpi Duch Twój

Niech zstąpi Duch Twój

I odnowi oblicze ziemi

Tej ziemi”

 

2 kwietnia 2007

 

***

Codziennie

Dłutem cierpienia rzeźbisz moją duszę

Odrzucasz zbędność

Jak w glinie

Lepisz przeznaczeniem mój kształt

By był doskonalszy

Podobniejszy do Twego

Choć zawsze będzie

Tylko Twoim odbiciem w lustrze

Wykrzywionym przez Ewę

Codziennie malujesz mi duszę miłością

Chcesz zamazać skazę

Odziedziczoną po pierwszych rodzicach

Znakujesz Twoją pieczęcią

Kiedyś odrzucisz skorupę

Mojego ciała

I wejdę w nowy świat

Wyrzeźbiona cierpieniem

Przez Ciebie

Garść śniegu i gwiazdy

 

Znów biel

Jakby tylko ona miała prawo do tego

By pokryć wszystko zanim wzrok dostrzeże

Puch takie niby nic

Lekkość a jednak potrafi zabić

Jak kiedyś

Gdy ocalałe gołębie

Na próżno wywoływały swego pana

Który po raz pierwszy nie reagował

Na ich czułe gruchanie

Przywalony ciężarem

Jak dziesiątki innych

 

Dusze ulatujące do Boga

O czystych  gołębich sercach

I te bijące wysoko ptaków osieroconych na belkach

 

Nad nimi gwiazdy

Zimne

Dalekie

 

Podnoszę z ziemi garść śniegu

Lekka

Puszysta

Jak mogła zabić?

Jak mogła odebrać tchnienie

Zabłąkanym wśród pól

Którzy zabłądzili w tej bezkresnej czystości

Pozornej

Bo za moment w ciepłej dłoni

Ta garść puchu staje się garstką brudnej wody

 

Jak wiele pozorów

Jak wiele kłamstw dostrzegę jeszcze wokół?

 

Garść białego puchu

A jednak zanim stanie się brudną wodą

To garść zachwycających drobin

Arcydzieł  niepowtarzalnych w kształcie

skrzących się nieziemskim blaskiem

 

By je dostrzec

Musisz wytężyć wzrok i dostrzec pojedynczą

Tylko tak zobaczysz cały majestat Stwórcy

Który zadbał o najdrobniejszy szczegół swojego dzieła

 

Teraz garść białego  śnieżnego puchu

Ciało stałe które łatwo zamienisz

W twardą śnieżną kulę

Gotową wybić szybę

Przepłoszyć gołębia

Rozproszyć smutek zamyślonej dziewczyny

 

Za chwilę woda a raczej brudny płyn

Z odrobinami sadzy i pyłów

Lub obłoczek pary

Jeśli wrzucisz w płonące ognisko

 

Garstka puchu garstka wody obłok pary

To samo?

Coś innego?

Jak ciało i dusza?

Jak życie tu i życie tam po śmierci?

Nie wiem

Nie byłam tam bo jeszcze jestem tu

 

Zapytam

Zobaczę

Doświadczę

 

Na razie obserwuję gołębie

Jak tamte sprzed lat

I śnieżny puch

Na razie – puch

Zbiór tysięcy maleńkich białych gwiazd

Niepowtarzalnych jak tamte nad ziemią

 

 

Nic więcej …

 

 

30 grudnia 2010

Małe miasteczka

 

 

Małe miasteczka

Mają wiele uszu

Wiele par oczu

Wiele ust

Nie ukrywają anonimów

Każdy ma swoje imię własne

Lub przypisane

Znają twoje sny

Myśli dopiero zrodzone

Wiedzą co zjesz na obiad

Ile masz pasków na piżamie

Na którym boku śpisz

Ile masz żon i dzieci

Liczą twoje skarpety

 

A ja tak bym chciał

Żeby nikt nie wiedział

Że są pocerowane

Że znowu jadłem żur bez kiełbasy

Że czytam starą gazetę

Wyrzuconą do śmietnika

Że w portfelu parę groszy

Mniej niż kosztuje bułka

Dlatego szukam dworca

Dachu nad głową pod mostem

Daleko od małych miasteczek

Noc w teatrze

Zasnęły ostanie światła

Umilkła scena rozgadana skrzypieniem desek

Pod stopami aktorów

 

Odpłynął zapach perfum

wędrujący między rzędami

drzemiących foteli

 

umilkł szelest sukien

po tej i tamtej stronie kurtyny

 

nieżywa peruka

i zamarły frak

odpoczywają

 

w zasypiającej garderobie

oddychają z ulgą pudry i szminki

przed lustrem zastygłym w niewygodnej pozie

 

szal umiera samotnie z zimna

zapomniany na wieszaku

 

zgubiony guzik zapatrzony w afisz

kontempluje słowa zaklęte w obrazy

 

usycha z tęsknoty za przytulną kieszenią

zapomniana chusteczka

a zdeptany grosik krzyczy ostatkiem blasku

nieopodal szatni

 

mija północ

 

w teatrze budzi się świat

minionych epok

 

zajmują loże damy w krynolinach

zerkając wokół zza wachlarzy

na towarzyszy w sztywnych kołnierzykach

 

unosi się bezgłośnie kurtyna

wychodzą na scenę

duchy aktorów

 

 

ożywają słowa

zamknięte w księgach

 

cienie grają

już idealnie

a może są

Hamletem

Julią

Konradem

Learem

Antygoną

bezbłędnie rozumiejąc myśli

umarłych poetów

Helena

Michał

Ludwik

............

wieczni

słudzy Słowa i Gestu

 

bo na początku było Słowo

i zawsze będzie Słowo

 

i musi być Słowo

Prawdziwe

Wielkie

Piękne

Mądre

żeby było Wieczne

 

nie słowo

małe

pokrętne

nic nie znaczące

wytarte

 

strażnicy Słowa

 

kapłani Słowa

na zawsze

 

18 luty 2002 r.

 

***

Podarowałeś mi różę

Teraz już wiem

kwiat może zranić

Podarowałeś mi uśmiech

Teraz już wiem

uśmiech może być fałszywy

Podarowałeś mi słowo

Teraz już wiem

słowo może być kłamstwem

 

Lepsza gorzka prawda niż słodkie kłamstwa

Jest mi droższa

 

Więc po  co żyjesz w kłamstwie

 

I dlaczego?

 

Będę milczeć

Powtórzyłam plotkę o bliźnim

Z zadowolenia brawo bili

 

Mówiłam  o pieniądzach

Błysk chciwości rozświetlił im oczy

 

Mówiłam o obowiązku i Ojczyźnie

Udawali głuchych

 

Mówiłam o Bogu

Pogardliwie wzruszyli ramionami i poszli

 

Chyba muszę  milczeć

 

Będę milczeć

Będę milczeć!

 

Miłość

 

Szukałam Miłości

A ona stęskniona stała na rozstaju dróg

i wyciągała do mnie ramiona

przydrożnego krzyża

 

Z drżeniem serca wyczekując

w złotej klatce tabernakulum

nadsłuchiwała moich kroków

 

Uśmiechała się do mnie

w  każdym kwiecie

Uwodziła zapachem bzów i róż

i trelem skowronków

Cierpliwie  oczekiwała

w zagubionym w trawie fiołku

na moje spojrzenie

Pałała zazdrosnym rumieńcem

zachodnich zórz

gdy moje serce

skłaniało  się ku Jej namiastkom

 

Uzdrowiłeś mój wzrok

otwarłeś uszy 

wyczuliłeś dotyk i smak

więc już wiem Panie

że umiłowałeś mnie nim począł się świat

i nieustannie żyję w Twoich ramionach

 

Po co dłużej szukać

skoro Ona jest we mnie

ze mną

przy mnie

gdy się jest zanurzoną w Niej

na zawsze?

 

Z ran Miłości

ukrzyżowanej na rozstaju dróg

kapią krople krwi

na korale jarzębiny i dzikiej róży

 

Gdziekolwiek przysiadła

wyczekuje ciebie

 

 

Nie przechodź obojętnie

by twoje serce nie skamieniało

jak serca tych

którzy ją przybili do krzyża

Skarby

 

Drobne dziewczątko

z warkoczykiem zawiązanym czerwoną kokardką

wygrzebało z ziemi monetę

 

Małe serduszko

rozdzwoniło się szczęściem

 

Pochyliły się nad małą dłonią ściskającą skarb

zaciekawione gałązki lipy

 

Łypnął gniewnym okiem

zagniewany kajzer ze  srebrnego krążka

„Mój czas minął

nie kupisz za mnie szczęścia

lodów o smaku waniliowym

ni lalki w kusej sukience”

 

Buzię dziewczynki

użądlił kolec rozczarowania

 

Po zakurzonych policzkach

popłynęły dwie łzy

by kapnąć na pysznego kajzera

i nie – skarb powędrował do kieszonki fartuszka

by po chwili znów zanurzyć się w zapomnienie

jak przed chwilą w mrocznej  ziemi

 

 

Wiele razy listeczki lipy

to zieleniły się to złociły

zanim z pączka róży

rozwinęło się dziewczątko

w przepyszny kwiat kobiety

z czerwoną przepaską we włosach

nim ujrzała na palcu

złoty krążek obietnicy szczęścia

zwiastowanego ciepłą klatką męskich ramion

i dziecięcych głosów

 

Przylgnęło serce do tej obietnicy

skarbu jednak nie odkryło

lecz gorycz walki

o chleb i miłość

więc posiwiał włos i zgrabiały palce

od tego codziennego szukania skarbu

wśród pieluch i garnków

 

I znów wiele razy

gałęzie lipy pochylone nad domem

to zieleniały to zamieniały się w złoto

nim stara kobieta przysiadła

pod zmurszałym krzyżem na rozstaju dróg

i wtuliła weń twarz i obolałe dłonie

 

Przylgnęło serce do omszałej belki

obejmując  ramionami modlitwy Umierającego

 

„Nic mi nie zostało dla Ciebie oprócz  niej i serca

weź je Panie

i wspomnij  na mnie

gdy wrócisz do Swego królestwa”

 

Zniknął ból i odfrunęły troski

posypały się z Pasyjki w trawę

rubiny kropel  krwi

lazuryt  łez

diamenty  kropelek potu Miłosiernego

 

Uniosła głowę i jej spojrzenie

spotkało się ze  wzrokiem bezgranicznej Miłości

 

„Znalazłam”

wyszeptały usta staruszki

 

Pozbierała więc skarby w gliniany garniec

zmęczonych życiem  dłoni

i przekroczyła z nim bramę  nowego życia

 

 

 

Perła

 

Zgubiłam perłę wiary

Teraz szukam jej po omacku

wokół siebie jak ślepiec

Bo wiem że jest blisko

Na wyciągnięcie ręki

 

Przywróć mi wzrok Panie

I bądź światłem

Które pozwoli mi ją  dostrzec

I ponownie zamknąć w  muszli serca

 

Wypadła mi z rąk lina nadziei

Dzięki której wspinałam się ku Tobie

Więc mgła zwątpienia zasłoniła mi cel

I nie wiem już jak stawiać następne kroki

 

Przygasła we mnie lampka miłości

W mroku nie dostrzegam  drogowskazów

Do Twojego Serca i  nie widzę wokół

Twarzy bliźnich

 

Nie słyszę Twojego głosu

Więc dotknij moich uszu i przywróć słuch

Bym na nowo usłyszała  Twe wołanie

 

Nie potrafię po omacku

Głucha i ślepa odnaleźć drogi do Ciebie

Bo nie widzę  i nie słyszę Twoich napomnień

 

Więc zapal na nowo przygasłą latarnię miłości

Pozwól odnaleźć perłę wiary

I podaj linę nadziei

Jeśli to za mnie umarłeś na krzyżu

I także dla mnie zamknąłeś w więzieniu tabernakulum

 

 

***

Przemijam

Przemijasz

Przemija …

Nie

To kłamstwo

Codziennie sączące się zewsząd

W które uwierzyłeś

 

Miało przywiązać cię do TU i TERAZ

 

Przemija źdźbło trawy

I sweter zjedzony przez mole

 

Trwasz  i będziesz trwać przez wieki

Raz poczęty i raz wydany na świat

Jesteś  ziarnem  posianym  w ziemię

By wydać plon

I podlegającym obróbce diamentem

Szlifowanym przez troski i cierpienie

By stać się nieśmiertelnym brylantem

 

Nie wpadaj więc w panikę

Na widok zmarszczki i siwego włosa

To tylko nic nieznaczące zwiastuny

Nadchodzącego odrodzenia się

Po drugiej stronie życia

W ogrodzie gdzie wszystko kwitnie

I nigdy nie przemija

 

Więc uśmiechaj  się

Do kwiatów

Do śpiewających ptaków

Do bliskich

I nieznajomych na chodniku

 

Ty – ziarno posiane w ziemię

By wydało plony

Ty szlifowany diament

By stał się w ręku Boga - brylantem

 

 

JABŁKO

 

Gdzie się kończy

Gdzie zaczyna

Co ważniejsze

Ogonek czy szupinka

Bardziej zielone czy czerwone

Kwaśne jak ocet

Czy słodkie

Leży przede mną na stole

Przygląda mi się suchym pępkiem jak okiem

Choć pępowiną jest raczej ogonek

Oboje myślimy o tym samym

Zgłębiamy swoją istotę

Zgadujemy

Ono czy mam ostre zęby

Ja czy twarde

Jak daleko

Jak daleko do drugiego człowieka

Trzy kroki  ... dwa ... jeden

Nie licz tak

Nie dojrzysz jego serca

Licz inaczej

Jeden uśmiech ... dwa ... trzy

Uścisk dłoni

Za kurtyną powiek  ukryte lustro serca

 

***

Jak daleko do drugiego człowieka

Krok dwa trzy

Lekarz polityk nauczyciel urzędnik

Tylko o człowieka trudno

Coraz trudniej

Jesteś kim jesteś

Lecz czy jeszcze człowiekiem?

 

***

Gdzieś na dnie zapomnianej szuflady

Pomiędzy pamiątkami z dzieciństwa

Znalazłem zapomniany klucz

O trzech ząbkach wiary nadziei miłości

Pasuje

Otwierają się wrota

Dzielące mnie od Boga

A ja dziwię się

Jak mogłem o nim zapomnieć

I zadaję sobie pytanie

Po co był mi potrzebny ten mur

I wrota tak uparte

Polskie Heleny

 

Drepcą od sklepu do sklepu

Przeliczając czy wystarczy groszy

Dotykają chleb czy świeży

I wąchają ochłap u rzeźnika

Czasami stają by chwilę pogadać

Bo torba ciężka a dom daleko

Wypatrują okazji pilnują kolejki

Wybrzydzają kupując jabłka bo nadgnite

Wydreptują ścieżki obok wystaw

Polskie Heleny bez Parysów

 

 

Jaskiniowiec

 

Współczesny jaskiniowiec

Nosi dżinsy

Garnitur

Błyszczydła albo frak

Bose stopy wpakował w adidasy

 

Ogromną maczugę zastąpił kij baseballowy

Rewolwer

Albo jadowity artykuł w prasie

Bełkot zastąpił pudrowaną półprawdą

 

Kołtun wygolił

Lub przygładził żelem

Misternie farbowane włosy

 

Zamiast piec kawałek mamuta

Nad ogniskiem

Grilluje szaszłyki

Zamiast wegetować w jaskini

Koczuje w willi lub blokowisku

Popijając piwo z lodówki

 

Cień patyka zastąpił zegarem kwarcowym

Nie liczy na palcach lub kamyczkach

Lecz na komputerze

 

Nadal jaskiniowiec

Bo ciągle chce

Dokopać

Wyprzedzić

Oszukać wygryźć

Zagarnąć i schować

Wdeptać w błoto

I zaryczeć zwycięsko

Nad krwawymi szczątkami pokonanych 

 

 

 

Nie kres

 

w oczach kobiety u fryzjera zagościł strach

bo oczekując w kolejce wpatrywała się uporczywie

w swoje odbicie w lustrze

odkryła zmarszczkę i siwy włos

więc wpadła w panikę

widząc oznaki nieuchronnej starości i śmierci

 

makijaże

balejaże

farby lakiery tipsy klipsy szminki 

aerobiki  salony piękności

gabinety odnowy biologicznej

operacje plastyczne ...

 

po co

 

nie zagłuszą strachu przed starością

przemijaniem

zanikaniem

zapominaniem

 

lubię cmentarze

pełne trwania i przemijania

bo oswajają z myślą

że śmierć to zwykła kolej rzeczy

nie kres lecz początek nowego życia

i dlatego warto się z nią oswoić i zaprzyjaźnić

by kiedy przyjdzie

powitać ją jak starą znajomą

która przyszła zaprosić

do nowego życia

 

 

 

List do bliźniego

 

Budujesz mur

uparcie

zawzięcie

wytrwale

 

Otaczasz się zasiekami

nieprzyjemnych słów

gromadzisz ciernie i kolce złośliwości

by ranić i sprawiać ból

budujesz zapadnie i wilcze doły

kłamstw i podstępów

wznosisz  ołtarze  dla urojonych krzywd

i pielęgnujesz chwasty niechęci

 

A ja wciąż pytam dlaczego

czy lepiej ci żyć na pustyni

wśród urojonych wrogów

i ich wyimaginowanych zasadzek

czyż nie wygodniej

nabrać pełną piersią wiatr

na bezkresnych łąkach zaufania

dostrzegać w bliźnich

nie drapieżników czyhających na swą ofiarę

lecz przyjaciół z ofiarną dłonią

 

Twój wybór

nie mam prawa narzucać ci stylu bycia

lecz nie dziw się

że kiedyś nikt nie usłyszy twojego wołania o pomoc

gdy zbyt daleko się oddalisz

by je usłyszeć i zauważyć twój gest rozpaczy

gdy zrozumiesz że jesteś sam

 

 

Przed lustrem

Nie lubię makijażu

Kłamie

 

Po co wszyscy mają być podobni

Przecież Stwórca kocha różnorodność

Nic nie jest takie same

 

Gdyby tak nie myślał

Wszystko byłoby od linijki lub cyrkla

Powiększone lub pomniejszone proporcją

O składzie procentowym takim samym

Wszyscy szatyni lub blondyni

A tak są chudzi i grubi

Z włosami i łysi

Bladzi i opaleni

Piegowaci i Murzyni

Prostowłosi  nie tylko z loczkami

 

Starość drogocennieje srebrem we włosach

A młodość rubinem ust

 

Nie lubię makijażu

Jak opakowania skrywającego towar

 

Stare inne brzydkie też piękne

Tylko trzeba umieć patrzeć

 

Lubię tajemnicę

Ukrywać twarz za parawanem uśmiechu

Nie kłamstwa

 

 

 

 

Umarli poeci

 

Umarli poeci nie milczą

Szepcą cichutko między okładkami

Stojąc cichutko w złoconej skórze

W porządku na półkach

Obok siebie  przysypany kurzem wieków Homer

I zapłakany Słowacki

Mądry  Norwid  i  głodny życia Baczyński

Błyszczący sławą Miłosz

Obok Mickiewicza z buławą wodza

Skromny jak stokrotka Twardowski

Dostojny ojciec Kochanowski

I wielu innych od wieków zapomnianych 

Choć ochrypłych od szeptu.

 

Weź w rękę

Powiedzą pełnym głosem

Co  i kogo kochali

Jak cierpieli

Co myślą

 

Może szepną poradę

na twoje smutki

przecież po to są

ciepli i ludzcy

choć w garniturze złoconej skóry

z wymyślną smyczą esów – floresów

 

Perły

 

 

Łzy oceanu

Nanizane na nitkę

Zdobią  kobiecą szyję

W uroczystych momentach

Pełnych powagi lub radosnych

 

 

Choć wyrosły z bólu

I w swoim  wnętrzu

Ukrywają zwyczajne  ziarenko piasku

Jednak to one

A nie dumny brylant

Są synonimem doskonałości

I niezwykłego drogocennego piękna

Które znalazł  kupiec z biblijnej przypowieści

I wydał na jedną z nich cały swój majątek

 

Pragnę być perłą

Wyrosłą z sensownego cierpienia

Nie zakochanym w swoim blasku brylantem

Jedną z tych najmniejszych

Nie wiele większych od ziarnka piasku

Niepozorną  ciepłą perełką w ręku Stwórcy

 

 

24 kwietnia 2015

 

 

Te wiersze dedykowałam rodzicom mojej Mamy. Rozdzieleni przez wojnę do końca życia pozostali sobie wierni. A pobrali się 14 lutego 1920 roku. Dziadek zmarł w 1979 w Londynie, babcia  - wkrótce po informacji o jego śmierci  - w roku 1982. Anglicy bowiem nie raczyli jej zawiadomić wcześniej o tym, zrobiła to jedna z pielęgniarek widząc, że nikt nie otwiera listów, które do niego przychodziły od nas.

 

 

Zanieś jej, gwiazdo

Dziadkowi Bartłomiejowi

Znów  się budzę i szukam daremnie

na poduszce z worka  i liści

twojej kochanej twarzyczki

okolonej falą niesfornych włosów

Próżno w błękicie nieba upatruję nieba twoich oczu

Gdzie podział się uśmiech

którym witałaś każdy dzień

i radosny śmiech

jak perłami wypełniający przestrzeń

między twoimi i moimi ustami

 

Dotykam skostniałej derki 

na próżno szukając w niej ciepła twego ciała

i poszukuję dłoni

jak kiedyś troskliwie przywołującej do porządku

niesforny kosmyk moich włosów

 

Jakże pusty jest świat

kiedy nie wypełnia go twoja postać

odgradzająca mnie od zapadającego w noc słońca

gdy witałaś mnie powracającego do domu

Jakże twarde jest życie

pozbawione miękkości twoich ramion

Jakże mroczne jest niebo

na którym zgasło słońce twojego uśmiechu

 

Żeby choć ptakiem

na krótką chwilę wznieść się nad śnieżne całuny

i poszybować do ciebie

by dotknąć ustami twoich śpiących powiek

i wchłonąć w płuca twój  oddech

co upajał jak wino

 i wtulić twarz w gęstwinę wonnych włosów

jak balsamem ukoić duszę

 naszych dzieci radosnych śmiechem

 

Lecz na próżno marzę o skrzydłach

nie jest dane mi wzlecieć ptakiem

więc wysyłam jak listy do ciebie

myśli moje przesiąkłe tęsknotą

myśli moje jak żaru wulkany

i spoglądam  w niebo z nadzieją

by odnaleźć tę naszą gwiazdę

Jest niezmienna więc błagam jak zawsze

Zanieś jej gwiazdo proszę

mą tęsknotę i żar miłości

nie wygasłej i trwałej jak wieczność

 

Zanieś mu, gwiazdo….

 

Babci Paulinie

 

To nie ty odbijasz się w moich oczach

i nie twoje palce rozczesują moje włosy

kiedy czerwoną łuną   na niebie zapala się dzień

 

Nie twój dotyk rozgrzewa moje dłonie

i  nie twoje usta pieszczą mój policzek

gdy  zimowy wiatr  kłuje twarz jak miliony igieł

 

Lecz to twoje imię jak drogocenna perła

zamknięte jest w muszli mojego serca

i twoja miłość jak ogień który nie spala

płonie w nim i przetapia w złoto

ogrom pragnień i gorycz tęsknoty

 

To nie ty pomagasz mi ponosić trudy życia

bez wsparcia twoich męskich ramion

i nie ty ocierasz  krople łez przysiadłych na powiekach

 

To nie ty  swym  radosnym uśmiechem

rozpraszasz  smutku cienie

i to nie w twoich włosach

odnajduję srebrne nici mijających lat

 

Lecz to twoje imię jak najdroższy skarb

chronię w   sercu  przed złodziejem czasem

i to ono dodaje wciąż mi sił

aby dźwigać dalej swój życiowy krzyż

 

Więc wierności nić łącząca  nasze serca

dla nas stała się liną zakończoną jak kołami ratunkowymi

złotymi obrączkami

I spójrz kochany

Ta nić która innym splątała się w sieć lub  zmieniła w kraty klatki

nas łączy mimo bezkresnych  skwarnych pustyń

mórz i śnieżnych dali

I spleciona tęsknotą i pragnieniami zamieniła  się w woal

skrywający naszą miłość

przed  zawistnym wzrokiem

tych co wierną miłością nigdy nie płonęli

 

I wciąż spoglądam w niebo

bo próbuję odnaleźć naszą gwiazdę

aby poprosić 

by zaniosła ci moją tęsknotę

i żar miłości która nie wygaśnie nigdy

 

 

ŁABĘDŹ

Jestem łabędziem

Chodź widzicie we mnie brzydkie kaczątko

Lubię swoje pióra pozorów

Są bezpiecznym parawanem

Chroniącym przed zawiścią

Agresją skierowaną na inność

 

Brzydkie kaczątko trudniej zauważyć

Wśród szarości ziemi

Łatwiej ukryć pod brzydkim piórem

Diament który nie jest dla wszystkich

Niewielu zna jego wartość a wielu zniszczy

 

Wygodnie uchodzić za brzydkie kaczątko

Nie pchają wtedy na stołki

Piedestały

Nie zamykają w pudłach telewizji

Nie  kratkują rzędami liter w gazetach

Można wtedy nie ograniczanym okiem

Widzieć prawdziwe twarze

Słyszeć fałsz

w zachlapanych wodolejstwem mowach

wszędobylskich polityków

 

Kiedyś odkryjecie

Była łabędziem

Gdy będę daleko

Poza zasięgiem

Jadu zawiści